Romuald Jakub Weksler-Waszkinel

Gdzie jest moja ojczyzna?

 

Romuald Jakub Weksler-WaszkinelUrodziłem się (najprawdopodobniej) 28 lutego 1943 r., w getcie, w miejscowości Stare Święciany koło Wilna.
Trwała wojna światowa. Ziemia upijała się ludzką krwią. „Spracowani” übermensche, „porządkując” Europę, dokonywali historycznego aktu „czyszczenia”: ENDLÖSUNG DIE JUDENFRAGE.
Niczego nie pamiętam z tamtych rozszalałych nienawiścią dni… Nie pamiętam oczu mojej matki, dłoni mojego ojca, płaczu mojego brata, pocałunku powitania… i pożegnania…

*

Minął rok – nie potrafiłem chodzić. Wrodzone lenistwo czy zaczajony w mięśniach strach? A może zdziwienie samej natury, że pozostałem wśród żywych? Naprawdę mam wstać… wyruszyć w drogę – życia?

Uśmiechały się do mnie dobre oczy mężczyzny i niewiasty: Piotr WASZKINEL i jego żona Emilia. Ich ciepłe miłością dłonie masowały moje grube, leniwe łydki; ich kochające oczy zachęcały:
– Chodź, Romciu, chodź do mamusi…
– Chodź, Romciu, do tatusia…
Niczego nie pamiętam…

Pierwszy zapamiętany obraz – jakby we śnie, ale bardzo wyraźny; jakieś duże pomieszczenie; przy oknie matka, pochylona nad wiadrem, tłucze siekaczem gotowane ziemniaki – pokarm dla kur i świń. Stoję trzymając się kurczowo jej spódnicy; nogami dotykam niecki, w której znajdowały się, zanurzone we wrzątku, uprzędzone z wełny nitki.
– Musiu, na rączki, na rączki!…
– Zaraz, Romciu, już mamusia weźmie na rączki, już…

Niestety, zanim znalazłem się na jej rękach, potknąłem się i wpadłem pupą do niecki z wrzątkiem. Przeraźliwy krzyk, piekący ból… i na tym „film” się urywa… Według mojej matki zapamiętane przeze mnie wydarzenie miało miejsce, gdy zaczynałem chodzić; miałem rok i dwa miesiące.

Niczego nie pamiętam z transportu do Polski, w roku 1945. Wysiedleńców, którym Polska „przesunęła się” na zachód, wieziono na tak zwane Ziemie Odzyskane; tym sposobem większość polskich rodzin ze Święcian znalazła się w Lidzbarku Warmińskim. Piotr i Emilia Waszkinelowie opuścili transport w Białymstoku i zamieszkali w niedużej wiosce Łosiniec (koło Korycina, powiat Sokółka). Stąd, przed wieloma laty, osiemnastoletnia Emilia Chorążówna wyjechała do Francji w poszukiwaniu pracy. Teraz wracała do rodzinnego domu – z mężem i synkiem. Ten ostatni – czarnowłosy, jąkający się, skory do płaczu, najchętniej siedziałby u matki na kolanach, ewentualnie chodził za nią wszędzie jak kurczak za kwoką, trzymając się maminej spódnicy. Bał się być sam, lękał się, że go zostawią… Lubił też być z ojcem, ale jego najczęściej nie było w domu.

Pewnego dnia byłem właśnie z ojcem w jego warsztacie mieszczącym się w stodole, gdy nieoczekiwanie pojawiło się dwóch sowieckich żołnierzy. Przewieszone przez pierś automaty i bardzo krótka rozmowa:
– Wodku imiejesz?
– Niet, u mienia niet wodki.
– Szto, sukinsyn! Nie imiejesz wodki? Posmotrim… Jeden z nich pchnął ojca lufą w pierś, pokazując mu drogę do wyjścia. Krzyknąłem przestraszony i przestraszyłem się własnego krzyku. Żołnierz spojrzał na mnie i, o dziwo, uśmiechnął się – jakoś chyba życzliwie… Wybiegłem z głośnym płaczem. Tymczasem w domu zauważono już „wizytę”. Znalazła się wódka. Krasnoarmiejcy odeszli z łupem. Ojciec był wolny…
Ponieważ „gniazdo” rodziny Chorążych okazało się zbyt ciasne dla przybyszów z Wileńszczyzny, latem 1946 roku rodzina Waszkinelów osiedliła się w Pasłęku koło Elbląga. Nieduża mieścina, licząca wówczas około 10 tysięcy mieszkańców, była dla mnie „portem” dłuższego postoju.

*

Zamieszkaliśmy na osiedlu położonym właściwie poza miastem. Nazywało się to Kolonia Robotnicza; jednorodzinne, niemal identyczne domki ustawione wzdłuż dosyć szerokiej, niewybrukowanej drogi. Była to moja pierwsza droga, na którą zacząłem wychodzić sam.

Poznawałem dzieci, które chętnie bawiły się ze mną, chociaż byłem raczej uciążliwym towarzyszem zabaw; jąkałem się, a ponadto – bałem się wszystkiego: indyka, psa, koguta, gęsi. Okropnie bałem się myszy, ale bałem się też samolotu; kiedy usłyszałem jego warkot, padałem na ziemię drżąc z przerażenia. Mama wielokrotnie tłumaczyła mi, że samolotów nie trzeba się bać: już nie rzucają bomb, nie strzelają do idących drogą ludzi. Powoli oswajałem się…

Ale zaledwie przestałem się bać indyka, gęsi i samolotu, pojawił się nowy niepokój… Nie wiedząc o tym, wkraczałem na inną „drogę” – do siebie.

Miałem cztery lub pięć lat, był więc rok 1947 albo 48; późne letnie popołudnie; wracałem do domu, gdy dwóch pijanych mężczyzn krzyknęło za mną:
– Żyd, Żyd, żydowski bajstruk!
Kiedy obejrzałem się w ich stronę – wybuchnęli śmiechem. Nie miałem wątpliwości, że mnie przezywali. Uciekłem przestraszony do matki i usiłowałem jej wytłumaczyć, co się wydarzyło. W ogóle nie rozumiałem, co to znaczy „Żyd”. Dlaczego przezywali mnie żydowski „bajstruk”? Wiedziałem, że bajstruk to ktoś, kto nie ma ojca albo – jest dzieckiem podrzuconym. Ale ja przecież miałem tatusia i mamusię, którzy mnie bardzo kochali. Dlaczego więc tamci wołali na mnie bajstruk i do tego jeszcze jakiś żydowski?

Moje pytania pozostały bez odpowiedzi. Matka tłumaczyła mi tylko, że dobrzy i mądrzy ludzie na pewno nie będą za mną wołać tak jak ci głupi pijacy. Zresztą głupich w ogóle nie trzeba słuchać: trzeba ich unikać. Było to moje pierwsze spotkanie z tym, co można by nazwać antysemityzmem.

Potem wielokrotnie – w Pasłęku, zwłaszcza gdy byłem młodszy (mniej więcej w okresie szkoły podstawowej, 1949-1956) – znajdowałem się w sytuacji podobnej do opisanej. Spotykałem się z różnymi dwuznacznymi uwagami czy złośliwymi aluzjami na temat „żydków”. Najbardziej wprawiały mnie w zakłopotanie pytania typu: do kogo ty właściwie jesteś podobny, do ojca czy matki? Zupełnie nie umiałem sobie poradzić z tym pytaniem, gdyż nie byłem podobny ani do ojca, ani do matki. Oni byli szatynami o typowo słowiańskich twarzach; ja miałem gęste krucze włosy i rysy zupełnie inne. Przeżywałem to aż do bólu. Ponieważ jednak byłem bardzo kochany przez rodziców, właśnie ich miłość była najlepszym „balsamem” łagodzącym ból.

Jednakże, mimo przejawów tej wielkiej miłości, rosnąc i dojrzewając, coraz głębiej przeżywałem moją odmienność, zwłaszcza w wyglądzie zewnętrznym. Nie byłem podobny do nikogo w – bliższej czy dalszej – rodzinie moich rodziców. Wertowałem albumy ze zdjęciami, szukając podobieństwa do siebie. Nie znajdowałem.

Ponieważ lepszy kontakt miałem z matką, mogłem postawić jej takie pytania, których nie odważyłbym się postawić ojcu. Właśnie jedno z takich pytań, a raczej okoliczności, jakie temu towarzyszyły, szczególnie odcisnęło się w mojej świadomości. Jak się potem okazało, moje zachowanie zaniepokoiło również moją polską matkę.

Chodziłem już chyba do piątej klasy.

Jesienne popołudnie. Ojciec jeszcze nie wrócił z pracy. Stałem przed dużym lustrem w pokoju i rozczesywałem, lekko wówczas kręcącą się, czuprynę; miałem zabrać się do odrabiania lekcji. Mama siedziała przy piecu i coś cerowała. Bardzo chciałem być podobny do ojca i oto – wreszcie – wydawało mi się, że coś dostrzegłem; wystrzeliłem pytaniem:
– Mamusiu, zobacz, jestem podobny do tatusia, prawda?

Matka jednak zawahała się z odpowiedzią, nie potwierdziła od razu mego „odkrycia”, więc wdarłem się natychmiast w ten króciutki interwał ciszy z krzykiem:
– Bo jak jestem Żydem, to zobaczycie, co ze sobą zrobię!!!

Spojrzawszy głębiej w lustro, dostrzegłem przerażoną twarz matki i łzy w jej oczach.

Nie pamiętam już, co mówiła potem, ani co mówiłem ja. Pamiętam emocje, nie słowa: byłem zawstydzony, wiedziałem, że zrobiłem jej przykrość. Ale też wiem na pewno, że krzyknąłem to, co wówczas czułem: nie chciałem być Żydem, bałem się nim być! Dlaczego? Powody były różnorodne… Przede wszystkim jednak chciałem być dzieckiem tych, o których sądziłem, że są moimi rodzicami, a oni byli Polakami; chciałem być taki sam jak dzieci w szkole, a to były polskie dzieci. Dookoła mieszkali Polacy; o niektórych mówiono, że są Litwinami lub Ukraińcami, zdarzały się rodziny niemieckie. Nie było w okolicy żadnej żydowskiej rodziny.

W 1956 r., po ukończeniu szkoły podstawowej, w czasie wakacji pojechałem z ojcem w jego – i moje – strony rodzinne, to znaczy na Wileńszczyznę. W rodzinnej wiosce ojca – Wejszyszkach, koło Łyntup – mieszkał brat ojca. Zostaliśmy przyjęci z ogromną radością i miłością.

Pewnego dnia ojciec zaproponował wycieczkę do Podbrodzia – miasteczka koło Wilna – gdzie służył w wojsku, w kawalerii. Ojciec był radosny; pokazywał, gdzie mieściły się jego koszary; dziwił się, że w pomieszczeniach, w których niegdyś stały konie, teraz mieszkają ludzie. Większość przypadkowo zaczepianych podbrodzian mówiła po polsku, tylko niektórzy – po rosyjsku. Właśnie jeden z takich zaczepionych polskich rozmówców ojca, starszy mężczyzna, dowiedziawszy się, że jesteśmy gośćmi z Polski, po paru wymienionych zdaniach – nie pamiętam, o czym – wskazując na mnie palcem, zagadnął ojca:
– A skąd pan wytrzasnął tego żydka?

Drgnąłem jakby przepuszczono przeze mnie prąd. Ojciec przygarnął mnie, a do tamtego niemal krzyknął po rosyjsku:
– Ty, swołocz, otkuda u tiebia takije faszystowskije woprosy?! – I nie czekając na odpowiedź, skierował parę „soczystych” rosyjskich przekleństw w stronę oddalającego się pospiesznie rozmówcy. Tuląc się do ojca, stałem przestraszony i zarazem zdziwiony.

Mieliśmy jeszcze jechać do Wilna i Święcian. Nie pojechaliśmy. Na dworcu w Podbrodziu ojciec wypalił dużo papierosów; był zdenerwowany. Nie mówił nic. W pociągu wtuliłem się w niego, jak w dobrych dziecięcych czasach, choć miałem już trzynaście lat. Parę razy pogładził moją głowinę. Czułem się bezpieczny. Nie było żadnych pytań z mojej strony – żadnych wyjaśnień ze strony ojca. Gdy wróciliśmy do stryja, nikt – przy mnie – nie wspomniał o zajściu w Podbrodziu. Ja też nie zamierzałem nikomu o tym opowiadać, bałem się samego wspomnienia. Zdecydowanie nie chciałem już jechać ani do Wilna, ani nawet do Święcian.

W liceum, do którego uczęszczałem od 1956 do 1960 r., problem żydowski jak gdyby wyparował. Młodzież licealna jest już trochę mądrzejsza; ponadto bardzo dobrze się uczyłem. Rodzice byli dumni. W klasie maturalnej – gdzieś w lutym – podczas rozmowy z katechetą wyrwało mi się, że jak zdam maturę, to pójdę do seminarium duchownego. Przestraszyłem się tego, co powiedziałem, ale ponieważ już się stało, wydawało mi się, że muszę dotrzymać słowa. Muszę tam pójść; nie można rzucać słów na wiatr – powtarzałem zaniepokojony…

Jeszcze tego samego dnia wieczorem zwierzyłem się ojcu z owego „wyznania” uczynionego księdzu. Reakcja ojca rozdrażniła mnie:
– No, no, co ja słyszę. A co każesz zrobić z tymi dziewczynami? – dopytywał się żartobliwie, dając mi jednocześnie do zrozumienia, że nie traktuje poważnie tego, co mówię.

Podziałało to na mnie jak płachta na byka.
– Mogę, oczywiście, tego nie wytrzymać i wystąpić – ripostowałem ojcu – może nawet nie mam żadnego powołania, ale skoro powiedziałem księdzu, to powinienem tam pójść.

Ojciec wyraźnie nie był zadowolony, ani z mojego tłumaczenia, ani – tym bardziej – z samej perspektywy, że mógłbym zostać księdzem. Widział we mnie lekarza, nie księdza; ostatecznie – nawet artystę (ponieważ grałem na akordeonie, występowałem w teatrze szkolnym i wygrywałem szkolne konkursy recytatorskie), chociaż przedtem wielokrotnie wyrażał zastrzeżenia pod adresem stylu życia artystów.

Postawa ojca zupełnie mnie zaskoczyła… Rodzice – obydwoje – byli ludźmi głęboko wierzącymi. Religia nie była dodatkiem do ich życia; ona je formowała. Nigdy nie mówiono mi: idź do kościoła, czy: odmów pacierz. Szedłem tam wraz z nimi i modliłem się wraz z nimi.

Moim osobistym problemem w starszych klasach licealnych było właśnie to, że świat wiary – tak drogi rodzicom – dla mnie stawał się coraz bardziej odległy. Teoria Oparina wyjaśniająca powstanie świata była dla mnie rewelacją. Wydawało mi się, że wyjaśnia ona „Niebo” i „Ziemię”; jakiś Stwórca bądź Odkupiciel wydawał się zbędny! I właśnie dlatego, gdy wyrwało mi się przed księdzem, że pójdę do seminarium, przestraszyłem się własnych słów.

I oto kiedy – poniekąd wbrew sobie – wyraziłem gotowość pójścia tam, gdzie, jak można by przypuszczać, mogli chcieć widzieć mnie rodzice, zderzyłem się z postawą, której najmniej się spodziewałem. Ale taka właśnie postawa ojca niejako „rozgrzała” mnie. Uparłem się. Zdecydowałem się postawić na swoim. Matka nie wyrażała ani sprzeciwu, ani akceptacji. Płakała po kątach. Wydawało mi się to wszystko bardzo dziwne, ale trwałem w uporze.

W połowie września 1960 r. znalazłem się w Olsztynie, w Wyższym Seminarium Duchownym.

20 października tegoż roku ojciec, wychodząc z domu, upadł na schodach: zawał serca zwalił go z nóg, a bezwładnie padając, uderzył głową o posadzkę – nagła śmierć.

Pierwszą moją reakcją była oczywiście chęć ucieczki z seminarium. Przecież ojciec nie chciał, abym tam był; sprzeciwiłem się jego woli, czułem, jakbym to ja go zabił. Absolutna ciemność i ból. Po pogrzebie wyznałem matce, że chyba nie powinienem już wracać do Olsztyna.
– Przecież tatuś nie chciał.
– O nie! – zareagowała natychmiast – tatuś bardzo cię kochał. To nie tak. Nie będzie ci się podobało, nie będziesz sobie radził – wystąpisz. Twoje życie, twój los. – Zaczęła płakać… ja wraz z nią. Chciałem zapytać, dlaczego ojciec tak zdecydowanie nie chciał, abym został księdzem – nie starczyło mi sił. Bolało wszystko… Ojciec miał zaledwie 52 lata. Tak bardzo mnie kochał, tak bardzo był potrzebny. Dlaczego Bóg zabiera mi ojca?

Po powrocie do Olsztyna zwróciłem się do Rektora z moimi rozterkami. Powiedział mi, że nie mogę podejmować tak ważnej decyzji natychmiast, ponieważ jestem zszokowany tym, co się stało. Jeżeli po miesiącu podtrzymam chęć wystąpienia, to odda mi papiery i będę mógł wrócić do domu.

Po miesiącu już nie chciałem wystąpić. Śmierć ojca – jego wspaniała do mnie miłość – stała się poniekąd wyzwaniem, zakładem, kredytem. Powiedziałem sobie: stawka jest bardzo wysoka. Ojciec bał się, że sobie nie poradzę – muszę być dobrym księdzem! Oczywiście, byłem na początku drogi. Miałem 17 lat. Przede mną było sześć długich lat teologicznych studiów i zdawałem sobie sprawę, że wszystko może się zdarzyć.

*

Nie zdarzyło się nic szczególnego. Mama przysyłała mi paczki z owocami, z czystą bielizną. Na wakacje jechałem do Pasłęka, gdzie trochę pomagałem jej w gospodarstwie. Jeśli chodzi o same studia – wyniki miałem wyśmienite. Zdaje się, że nie stwarzałem moim przełożonym żadnych poważniejszych problemów wychowawczych. Z kolegami też nie miałem żadnych „potyczek”. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że zbliża się powoli koniec studiów – zostanę księdzem.

Pod koniec piątego roku byliśmy wzywani na indywidualne rozmowy z Rektorem. Były to rozmowy rutynowe, nie oczekiwałem więc niczego nadzwyczajnego po tym spotkaniu. Myliłem się. Zaraz na początku ksiądz Rektor oznajmił, że są poważne wątpliwości, czy jestem ochrzczony.

A więc jednak chyba jestem Żydem – pomyślałem. Wreszcie dowiem się czegoś konkretnego w tej materii. Niestety, szybko się zorientowałem, że do Rektora musiały dojść jakieś dobrze mi znane plotki na mój temat. Nie wymienił żadnych nazwisk, żadnych konkretów, jedynie przypuszczenia, domysły. A ponieważ jeszcze żyje – i oby jak najdłużej żyła – moja chrzestna matka, Krystyna Gapikowa, bezpośredni i urzędowy świadek chrztu, cała „afera” okazała się nadmuchaną mydlaną bańką.

Przez sześć lat studiów nikt mnie „Żydem” nie przezwał. Problem żydowski znikł, co wydawało mi się czymś nadzwyczajnym. O ile bowiem w latach chłopięcych tak wielu widziało we mnie „Żyda”, to w latach młodzieńczych – zwłaszcza podczas studiów – Żyd we mnie był wyraźnie „na urlopie”. Zdawałem sobie jednak sprawę, że u źródeł podejrzenia o brak chrztu znajduje się „coś”, co idzie ze mną. Byłem jednak wciąż głęboko przekonany, iż u podstaw tego wszystkiego tkwi – tylko i wyłącznie – plotka! Tłumaczyłem sobie: mam trochę inną urodę i to drażni ludzi oraz pobudza ich fantazję.

Z drugiej zaś strony, właśnie w okresie studiów przestałem się bać „Żyda”. Przez wszystkie lata pobytu w seminarium śpiewaliśmy pieśń o kapłańskim powołaniu, w której była tak strofa: „Jezus zabrał mi serce i kochaniem zmógł.” W samej rzeczy byłem wówczas – i dziś jestem – zakochany w Żydzie, Jezusie z Nazaretu! Kiedy więc zdałem sobie sprawę, że mam zostać Jego wybranym uczniem – kapłanem, wobec faktu powracających wciąż podejrzeń o żydowskie pochodzenie pomyślałem: byłoby cudownie, gdybym naprawdę był Żydem…

19 czerwca 1966 r., w bazylice katedralnej we Fromborku, otrzymałem święcenia kapłańskie. Przez rok pracowałem w parafii w Kwidzynie, gdzie parę osób zdążyło dojrzeć we mnie „Żyda”. Byłem tym po części ubawiony, po części – uszczęśliwiony. Po roku znalazłem się na studiach w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. W roku 1970 ukończyłem Wydział Filozofii i od 1971 rozpocząłem pracę na tymże wydziale.

*

W 1975 r. matka sprzedała jednorodzinny domek w Pasłęku i za te oraz częściowo za moje pieniądze – przecież już pracowałem – kupiliśmy mieszkanie w Lublinie. Po 15 latach przerwy znowu mieszkaliśmy razem. Począwszy od roku 1960, gdy rozpocząłem studia, byłem w domu w Pasłęku jedynie gościem. Teraz matka stała się moim „gościem”. A tak naprawdę: ja stałem się znowu „dzieckiem”, a ona – wspaniałą, troskliwą kochającą Matką.

Dla mnie był to początek kontynuacji albo, mówiąc inaczej, kontynuacja i zarazem początek czegoś nowego. Była to poniekąd kontynuacja mojego żydowskiego problemu, ponieważ w Lublinie docierało do mnie wiele przeróżnych „wieści”, które budziły mnie niejako ze snu. Coraz intensywniej wdzierało się do świadomości pytanie: a może faktycznie jestem Żydem? Coraz częściej takie pytanie pielęgnowałem w sobie, a możliwość twierdzącej odpowiedzi już mnie nie przerażała.

Właśnie dlatego obecność matki przy mnie w Lublinie nazywam początkiem kontynuacji, ponieważ moja postawa w kwestii żydowskiej była dla niej początkiem czegoś dotychczas nie znanego. Szybko zorientowała się, że już nie tylko nie bałem się Żydów, ale ich kochałem. Kochałem ich z wielu powodów, między innymi dlatego, że przez wieki byli Narodem szczególnie poddanym cierpieniu; od strony religijnej: wszystko to, co było – i jest – najcenniejsze w chrześcijaństwie, ma żydowskie korzenie. Poniewieranie Żyda jest poniewieraniem Jezusa, Jego Matki, wszystkich Jego najbliższych uczniów – Apostołów.

W rozmowach z matką zupełnie świadomie i celowo, kiedy tylko była po temu okazja, podejmowałem temat Holocaustu. Ona – i to było dla mnie zastanawiające – w ogóle nie chciała o tym mówić. Milczała albo – chyba świadomie – zmieniała temat. Czasami czytałem jakieś fragmenty opowiadań o cierpieniach Żydów podczas ostatniej wojny. Wówczas często w jej oczach pojawiały się łzy.

Kiedyś, widząc kątem oka, że ociera łzy, przerwałem lekturę i zapytałem wprost:
– Mamo, dlaczego płaczesz? Czy ja jestem Żydem?
– A czy ja ciebie nie kocham? – odpowiedziała natychmiast płacząc niemal głośno.

Było mi przykro słuchać takiej odpowiedzi będącej właściwie skierowanym do mnie pytaniem. Była wspaniałą matką i bardzo mnie kochała. Ale ta jej, wielokrotnie mi udzielona, odpowiedź-pytanie była wskazówką, że trzeba powracać do tych tematów, że coś tu się jednak kryje…

W Pasłęku czasami skarżyłem się, że mi dokuczają, wówczas matka zawsze zapewniała:
– Jesteś naszym kochanym synkiem. Nie słuchaj żadnych łobuzów.

W Lublinie nigdy nie powiedziała mi, że jestem jej rodzonym dzieckiem, chociaż ją do tego prowokowałem. Chciałem to wyraźnie usłyszeć. Nie usłyszałem.

Często kierowałem rozmowę na Łyntupy (tam mieszkali Emilia i Piotr Waszkinelowie przed wojną i na początku wojny) oraz na Święciany, do których przyjechali w latach wojny i gdzie mieszkali do jej zakończenia.

*

Właśnie taka rozmowa toczyła się w kuchni, przy kolacji, 23 lutego 1978 r. Rozmawialiśmy o Święcianach okresu wojny; w pewnym momencie wprost zapytałem:
– Mamo, a Żydzi? Znałaś w Święcianach Żydów?

Spojrzała na mnie i zamilkła, jakby się wewnętrznie mocowała…
– Romek – zaczęła po chwili – przecież wiesz, że w czasie wojny, gdy przyszli Niemcy, w 194… – Głos jej zadrżał, w oczach pojawiły się łzy. Wziąłem jej dłonie w swoje ręce i ucałowałem, prosząc, aby mi wreszcie powiedziała całą prawdę. I wtedy po raz pierwszy w życiu usłyszałem:
– Miałeś wspaniałych Rodziców, i bardzo cię kochali – byli Żydami; zostali zamordowani. Ja tylko ratowałam cię od śmierci.

*

Spodziewałem się takiej właśnie odpowiedzi, czekałem poniekąd na nią, a kiedy wreszcie usłyszałem, zawirowało mi w głowie…

Wracałem do siebie… Nie będę się silił na przedstawienie tego, co przeżywałem. Pamiętam, że pierwszym pytaniem, jakie mi się wówczas wyrwało, było:
– Mamo, dlaczego tak długo ukrywałaś prawdę?!
– A przypomnij sobie – mówiła przez łzy – coś ty powiedział w Pasłęku, stojąc przed lustrem, przypomnij! Bardzo mnie to zabolało i pomyślałam wtedy, że nigdy nie powiem ci prawdy. Teraz zmieniłeś się…

W najwyższym napięciu czekałem, co jeszcze usłyszę.
– Gdyby nie twoja matka… – zaczęła. – Miałeś wspaniałą, mądrą i dobrą matkę… Ja się bałam, bardzo się bałam. Za ratowanie Żyda, nawet niemowlęcia, jakim wówczas byłeś, groziła śmierć. Nie mieliśmy, jak wiesz, własnego mieszkania, wynajmowaliśmy pokój… Tłumaczyłam to, będąc w getcie, twojej mamie. Ona słuchała, ale jakby nie słyszała. Patrzyła na mnie, a jej smutne oczy – ty masz oczy matki – mówiły więcej niż jakiekolwiek słowa.
– „ON wszystko widzi” – powtarzała – „życie jest w JEGO ręku, ale trzeba ratować przynajmniej tego, kto sam nie może się ratować. Proszę, niech pani ratuje moje dziecko, niemowlę… Jest pani osobą wierzącą, chrześcijanką; parę razy mówiła mi pani, że wierzy w Jezusa: przecież On był Żydem! Niech pani więc ratuje żydowskie niemowlę w imię Tego Żyda, w którego pani wierzy. Jak to maleństwo wyrośnie, zobaczy pani, on zostanie księdzem, będzie nauczał ludzi…”

*

Słyszałem, jak waliło mi serce… Przecież, nic o tym nie wiedząc, zrealizowałem to, co w tamtej tragicznej chwili mówiła moja rodzona Matka Matce polskiej. — Znaczenie, ciężar matczynych słów! Dlaczego użyła właśnie takich argumentów? Można jedynie snuć domysły… Na pewno chciała przekonać chrześcijankę do ratowania życia żydowskiego niemowlęcia. A więc ratowała mi życie!!!
– Nie mogłam odmówić twojej mamie — mówiła, wycierając łzy, moja polska matka – to byłoby tak, jakbym się wyparła swojej wiary. Miałeś kochającą, bardzo mądrą i odważną matkę. Miała odwagę urodzić cię w taki straszny czas i jej słowa niejako zmusiły mnie, bym cię ratowała. Reszta była już w ręku Boga…

*

Zapytałem o moje rodowe nazwisko. Usłyszałem smutną odpowiedź:
– Nie wiem, nie pytałam. Na pewno twoja mama mówiła, ale ja nie starałam się zapamiętać. Mówię ci, że się bałam. To były okropne chwile. Baliśmy się z tatusiem nie tylko Niemców; baliśmy się wszystkich: Polaków, Litwinów, Ruskich, sąsiadów i w ogóle znajomych. Nie wiem, jak bym się zachowała, gdyby ktoś doniósł. Nie wiem… Ja nie byłam bohaterką. Po prostu nie chciałam znać żadnego nazwiska. Gdyby ktoś doniósł, to mogliby mnie zabić, a ja, nie kłamiąc, powtarzałabym: to jest moje dziecko, ja je kocham.

Moja wspaniała polska Matka. Była bohaterką! Chroniła mnie w czas wojny i pokoju; zawsze – bardzo kochała.

O moim domu rodzinnym dowiedziałem się niewiele. Dwa zapamiętane przez Waszkinelową fakty okazały się bardzo cenne. Pierwszy: mój rodzony ojciec był krawcem w Święcianach; miał duży ładny zakład krawiecki na rynku. Kiedy przyszli Niemcy, kazali mu – ponieważ był bardzo cenionym krawcem – pracować w jego własnym warsztacie. Drugi: miałem brata, i moja matka wołała na niego: Muleczka, Szmulek, Samuel…

Gdy weszli Niemcy i stawało się coraz bardziej oczywiste, że Żydów czeka zagłada, mój brat Samuel – urodzony w 1938 lub 39 r. – został ukryty u jakiejś rodziny litewskiej mieszkającej w Święcianach. Nikt nie oczekiwał mojego zaistnienia; kiedy jednak stało się ono faktem, przed moją matką pojawił się szereg przeszkód, a każda groziła śmiercią: najpierw należało ukryć przed Niemcami oraz szaulisami (litewska policja) sam fakt ciąży; potem urodzić i, wreszcie, ukrywać niemowlę tak długo, jak długo się da. Chociaż więc moje życie od samego początku naznaczone było piętnem śmierci, rodzice żywili nadzieję, że los ich pierworodnego syna jest bezpieczny.

I oto, już po moim przyjściu na świat, ludzie ukrywający Samuela przyprowadzili go z powrotem do getta. W takiej sytuacji moja matka zdecydowała się na szukanie opieki dla mnie. Wiadomo, że Żydzi płacili – tym, co mieli – za udzielaną im pomoc. Tymczasem moi rodzice nie mieli już niczego cennego do oddania, albowiem ludzie, którzy ukrywali Samuela, otrzymali za to wiele kosztowności, a odprowadziwszy mojego brata, niczego nie oddali.

Ostatecznie „w posagu” otrzymałem pieluszki i kołderkę, w którą byłem owinięty, oraz – i są to obecnie moje największe „skarby” – samowar i ręczną wagę (nazywano to berzmien).

*

Od lutego 1978 r. wiedziałem więc o sobie niemal wszystko i zarazem nie znałem tego, co najważniejsze: mojego rodowego nazwiska ani imion moich rodziców. Myślałem dniami i nocami: a może gdzieś jeszcze żyją? A może żyje chociaż mój brat?

W następnym roku znalazłem się po raz pierwszy w Laskach pod Warszawą, gdzie poznałem siostrę Klarę Jaroszyńską. Ponieważ po rozmowie z nią szybko zorientowałem się, że w czasie wojny była aktywnie zaangażowana w ratowanie Żydów – odznaczona medalem „Sprawiedliwy wśród narodów świata” – wyznałem jej prawdę o sobie. Chciałem wypowiedzieć to przed kimś zaufanym, ale nade wszystko wyraziłem pragnienie szukania jakichś „śladów” mojej rodziny. Prosiłem siostrę o zapamiętanie dwóch informacji, które wydawały mi się istotne: okoliczności dotyczące mojego ojca oraz imię mojego brata.

Rozpoczął się okres oczekiwania. Minęło 10 lat. Powoli traciłem nadzieję na odnalezienie jakichkolwiek śladów moich najbliższych. Korespondencyjne poszukiwania siostry Klary nie dawały żadnych rezultatów. Wreszcie, po 1989 r., siostra wyjechała do Izraela i tam trafiła na ślad żydowskiej gminy ze Święcian. Zorganizowano jej natychmiast spotkanie z resztą ocalałych z wojny mieszkańców Święcian zamieszkujących Tel-Awiw i okolice. Dwie informacje, które posiadała siostra, okazały się wystarczające, aby trafić na ślad.

Ów krawiec, któremu Niemcy kazali pracować w jego własnym warsztacie, nazywał się Jakub WEKSLER; jego żoną była Batia, z domu WAISKOŃSKA (niektórzy wymawiają WAISZKUŃSKA); Wekslerowie mieli synka imieniem Samuel. Co więcej, w księdze przedstawiającej dzieje gminy żydowskiej w Święcianach pokazano siostrze Klarze zdjęcie mojej rodzonej matki. Jest to zdjęcie przedstawiające członków organizacji syjonistycznej z lat trzydziestych; moja mama siedzi w środku – była wówczas przewodniczącą tej organizacji.

W roku 1989, 15 kwietnia, zmarła na moich rękach moja polska matka. Wiosną 1992 r. przyjechała do Lublina siostra Klara Jaroszyńska, przywożąc zagubiony, wydawało się bezpowrotnie, ślad moich najbliższych oraz zdjęcie mojej rodzonej matki. W tym samym czasie okazało się, że żyją jeszcze – w Natanii – rodzony brat i siostra mojego ojca. Jeszcze tego samego roku pojechałem do Izraela, aby ich zobaczyć.

*

Przyjęty zostałem ze łzami i niewyobrażalną wprost miłością. Ciocia – Rachela (Rosa) SARGOWICZ z domu Weksler (zmarła w listopadzie 1992 r.) oraz stryj – Cwi WEKSLER – staruszkowie mocno sponiewierani wojną. Oboje wiedzieli o istnieniu Samuela; moje istnienie było dla nich absolutną niespodzianką. Jeszcze w 1941 r. uciekli w głąb Rosji. Stryj przeszedł przez czyściec sowieckich łagrów.

Dwie żyjące koleżanki mojej rodzonej matki wiedziały, że Batia Wekslerowa pod koniec 1942 r. chodziła – używając ich wyrażenia – „z brzuchem”. Na początku 1943 r. obie uciekły do partyzantki, a wiosną 1943 pozostałych jeszcze przy życiu Żydów ze Święcian wywieziono do Kowna i Wilna.

Moich najbliższych zamordowano prawdopodobnie w getcie wileńskim lub w Ponarach.

*

Mnie pozostał przepalony samowar i ręczna waga – milczący świadkowie tamtych okropnych nocy i dni.

Nie tylko.

Dziś wiem, że pozostały ze mną oczy mojej matki, usta mojego ojca, lęk i łzy mojego brata… Noszę w sobie miłość moich rodziców – żydowskich i polskich!

I pozostała również nadzieja, że kiedyś spotkam ich wszystkich przed obliczem Tego, który jest Miłością. On otrze z naszych oczu wszelką łzę.

I tam jest moja Ojczyzna.

Przedruk:
„ZNAK. Miesięcznik” 480 (5) 1995, s.86-96

 

Roman Cichocki

Ostatnie wpisy autora: Roman Cichocki (zobacz wszystkie)