Małe sklepy

Małe sklepy
Foto: Społem

Kiedyś małe sklepy były duże. Przynajmniej nie były za małe. Brakowało w nich cukru i pomarańczy, ale niewypakowany jeszcze z Żuka towar, był już sprzedany. Długa kolejka pełna młodych i starych, nawet przy ograniczonej możliwości zakupu cytryn, kawy,  czekolad, Sportów (były takie papierosy) czy też innych tzw. luksusowych produktów, i tak dawała pewność, że w sklepie towaru dla wszystkich z kolejki nie wystarczy. Dwa największe sklepy w Pasłęku minionej epoki socrealizmu to: „Stodoła”, nazywana tak potocznie ze względu na swój ogrom nieproporcjonalny do wielkości dostaw, przy Bankowej oraz jeszcze większy Wiejski Dom Handlowy „Plon” przy ulicy Ogrodowej (dzisiaj „Biedronka”). Lata 90 to otwarte na Zachód granice, przez które przyszli biznesmeni zaczęli przywozić niewyobrażalne ilości towarów, których nieliczne sklepy ani rynek nie były w stanie pomieścić. Pasłęk nie miał, tak jak nie ma i dzisiaj, miejskiego architekta. Miał za to technika architektury z uprawnieniami do projektowania budowli parterowych. I właśnie dlatego dzisiaj Pasłęk pełen jest parterowych, małych: sklepików spożywczych, kwiaciarni, warzywniaków, cukierni … , czyli takich zwyczajnie brzydkich budek.

XXI wiek przyniósł nam dwie Biedronki, Netto, Lidla, Polo Market i jak na ten moment, kolejny tajemniczy market w budowie. Dlaczego te małe sklepy, z minionej 30 lat temu epoki, przetrwały? Ceny w nich wyższe, wybór mały, a do tego ciasno jak w sklepie z porcelaną.

Moi rodzice kupują ten konkretny chleb i to masło, które nie jest masłem ale poznać je można po opakowaniu, herbatę która nie jest herbatą … Problem jest wtedy, gdy z powodu lat i chorób nie mogą zakupów zrobić sami i mam zrobić je ja. Początki były  pełne zdziwienia. Co ja kupiłem? Kupiłem masło. Tak, ale ojciec nie może jeść takiego masła bo jest za tłuste, tylko masło bez tłuszczu (?!). No tak. Przecież jedyna słuszna epoka nie miała stacji benzynowych ale CPN-y, nie buty sportowe ale adidasy, a masłem było każde smarowidło.

Kiedyś,  w kolejce studenckiej stołówki, kucharka stojąca za ladą z chochlą w ręku zapytała: „Słucham”.
Kolega zdziwiony pytaniem od kucharki z chochlą stojącą nad garnkami typu kotły, szybko uznał pytanie za przejaw kultury wyższej i odpowiedział: „Zupę poproszę”.
Kucharka podenerwowana wstrzymywaniem kolejki: „Ale jaką?”
Kolega skrajnie zdziwiony: „Jak to jaką? Normalną!”
Kucharka: „Jest pomidorowa i ogórkowa”.
Kolega zaskoczony sytuacją, w której jeszcze nigdy nie był: „To ja mam wybór?”
(Przy okazji: Witas ile to już lat się nie widzieliśmy? Pamiętasz stołówkę w Radomiu?”)

Znów jest dzisiaj, ale w pasłęckim sklepie przy Bankowej (dawniej był to SAM, czyli sklep samoobsługowy) nie jest tak jak w latach siedemdziesiątych ale nie jest też to wiek XXI. Przede mną trzy osoby: starszy pan, starsza pani i pani nie tylko starsza ale widać, że też ciężko chora. Jestem wyrozumiały, cierpliwy i współczujący, i dlatego udaję, że „śpię”. Starszy Pan prosi o pieprz, który leży za nim. Sprzedawczyni wychodzi zza lady by podać mu pieprz, który leży na wyciągnięcie jego ręki. Jeszcze kilka produktów i pięć minut z hakiem minęło. Starsza Pani powiedziała co chce i sprzedawczyni, ku mojemu zaskoczeniu a radości starszej pani przyniosła nie to co ja myślałem, że przyniesie. I tak być powinno! Mówię jedno, myślę drugie a sprzedawca daje mi to co chcę. Kolej na starszą panią z laską, której trudno wymówić pozornie proste wyrazy, co najwyraźniej ją krępuje. Dlaczego zdziwiło mnie to, że chce kupić lody? Choć trochę przyjemności powinien codziennie zaznać każdy. To oczywiste, a ja byłem zaskoczony. Lody są w lodówce na końcu sklepu. Sprzedawczyni ich nie przyniesie bo wybór jest duży, więc starsza pani z laską musi podejść, aby wybrać smak, który jej w duszy gra. Nieładnie jest pisać, że trwało to wieki. Nieładnie jest opisywać trudność sprzedawczyni w zrozumieniu innych zamówień starszej pani z laską, ale trochę pokazując ręką, kilka trafień w ciemno i siatka była pełna. Minęły trzy wieki. Moja kolej. Kupiłem chleb jaki zawsze kupuje mama i jedyny słuszny gatunek jabłek. Brak wyboru czasami jest lepszy.

W Lidlu jest fajna muzyka, duże przestrzenie między regałami, ciekawy, egzotyczny towar opisany w kilku językach, ale też pośpiech przy kasie by nie blokować kolejki. I jak tu żyć, kiedy wszyscy się spieszą, kiedy trudno samemu znaleźć to czego się szuka, a dookoła wszyscy chcą pomóc nie tak jak byśmy tego chcieli, ale po swojemu? Małe sklepy muszą zostać! Nie posłuchamy w nich świąteczno-zakupowych melodii. Nie znajdziemy tam regałów ze zdrową żywnością. Towar jest za to droższy, czasem przeterminowany, ale wtedy w niższej cenie. Są też sprzedawcy rozumiejący klienta czasami starego, czasami chorego. Nie są to sklepy jednak dla wszystkich.